Partner serwisu
Serwis partnerski

Nowe Volvo
V90 Cross Country.

Charakter odkrywcy.

Czar słoweńskiego wybrzeża

Ze słoweńskim wybrzeżem jest trochę tak, jak z miłością - krótka, intensywna, czasem może nieco szalona, zapada na dłużej w pamięć niż stateczny związek trwający latami. W rzeczy samej – słoweńskie wybrzeże jest tak krótkie, że rzucając pobieżnie okiem na mapę Europy, ciężko w ogóle zauważyć, że charakterystyczny, odwrócony trapez konturu granic kraju, jednym z wierzchołków dotyka morza – mniej więcej w miejscu, gdzie na południe wysuwa się kształtny trójkąt Istrii. Jest to krótki wycinek brzegu wciśnięty pomiędzy dwie adriatyckie „potęgi” – Włochy i Chorwację.
Czar słoweńskiego wybrzeża

Pomiędzy spokojnym Ankaranem a płaską deltą potoku Seča długość linii brzegowej wynosi 47 km, a przecież w tym zawarte są wszystkie zakrzywienia brzegu, wszystkie półwyspy, wszystkie te zatoczki wciskające się głęboko w ląd – w linii prostej pomiędzy dwoma granicznymi punktami Słoweńskiej Riwiery nie ma nawet 20 km. Czyli mniej niż z Władysławowa na Hel… Ale w tym przypadku, długość niekoniecznie ma znaczenie. Ze słoweńskim wybrzeżem (w ogóle – z całą Słowenią) jest bowiem trochę tak, jak z miłością – krótka, intensywna, czasem może nieco szalona, zapada na dłużej w pamięć niż stateczny związek trwający latami.

Te niecałe pięćdziesiąt kilometrów to mało, nawet jak na dwumilionową Słowenię. Dlatego w lecie tłoczno tu i gwarnie, mimo, że natura nie obdarzyła tego skrawka wybrzeża zbyt hojnie w piaszczyste plaże. Jest tu za to mnóstwo innych atrakcji, którymi można by obdarzyć znacznie bardziej rozległe przestrzenie. W przyjemnym cieple wiosennego słońca grzeją się czerwone dachy nadmorskich miasteczek, na specjalnych polderach suszą się stosy świeżo pozyskanej soli, a w nadmorskich knajpach do ryby najlepiej zamówić miejscowe wino.

 

Zdecydowanie najpiękniejszym miejscem na całym słoweńskim wybrzeżu jest Piran, bez wątpienia jedno z najpiękniejszych miasteczek na całej Istrii. Ląd wychodzi tu daleko w morze, tworząc charakterystyczny, wydłużony półwysep, który niczym wskazujący palec podkreśla, że właśnie na jego końcu jest miejsce, które koniecznie trzeba zobaczyć. Latem, wśród tłumów turystów, może to być uciążliwe, wiosną – to prawdziwa przyjemność.

Zabytkowa część Piranu to prawdziwy labirynt wąskich uliczek, podwórek i przejść – prawdziwe królestwo leniwych kotów - wyłączonych z ruchu kołowego. Pomiędzy nimi leży kilka malowniczych placów, a nad wszystkim góruje wspaniale usytuowany ponad skalnym urwiskiem kościół św. Jerzego. Do miasta idzie się do głównego parkingu promenadą wzdłuż morza, mija się basen portowy, pełen mniejszych i większych żaglówek, po czym wkracza się na reprezentacyjny plac Tartiniego, który powstał dopiero pod koniec XIX wieku, kiedy to zasypano wewnętrzny basen portowy.

 

Obowiązkowo trzeba obejść miasto dookoła, idąc nabrzeżem, pełnym restauracji, knajpek i kawiarni, aż na cypel, nad którym góruje stara latarnia. Wracając warto wejść w labirynt uliczek, którym podejdziemy pod wspomniany już kościół św. Jerzego, z charakterystyczną, wzorowaną na weneckiej Campanilli dzwonnicą. Dalej jeszcze, kuszą swymi konturami mury miejskie, z których rozciąga się malowniczy widok, znany z wszystkich folderów opiewających uroki Słowenii – czerwone dachy kamienic wcinające się głębokim klinem w błękitne morze.

Na południe od Piranu, łącząc się z nim w integralną całość, leży Portorož – ekskluzywny kurort, z drogimi hotelami, wszelkiego rodzaju restauracjami, portem pełnym luksusowych jachtów i hucznymi imprezami do białego rana. Tak jest oczywiście w sezonie, ale także wiosną w weekendy jest to najbardziej gwarne i imprezowe miejsce w tej części adriatyckiego wybrzeża – w końcu ze stołecznej Lublany jest tu półtorej godziny jazdy, a Słoweńcy bardzo lubią wydawać tu swoje pieniądze.

 

 

Zupełnie inny klimat oferuje Izola – pięknie położone miasteczko z największym na słoweńskim wybrzeżu portem jachtowym. Miasto nie jest tak zabytkowe jak pobliski Piran, ale ma swój klimat, z ładnymi parkami od strony morza i prawdziwym fenomenem – soczyście zieloną łąką, gdzie można spędzić całe godziny wpatrując się to w skrzącą się promieniami słońca taflę wody, to znów opierając wzrok na górach, schodzących w okolicy do morza. Izola ze wszystkich miast Słoweńskiej Riwiery jest najbardziej naturalna, ani nie wypacykowana pod turystów, ani też nie zaniedbana. Prawie w każdym zakątku miasteczka pachnie rybami – i wcale nie jest nieprzyjemne. Wręcz przeciwnie – od razu przychodzi ochota na posiłek, a owoce morza mają tu naprawdę znakomite.

Największym miastem na wybrzeżu, prawdziwą bramą łączącą je z resztą kraju jest Koper. Na pierwszy rzut oka – najbrzydszym, bo zdominowanym przez wielkie port kontenerowy – to właśnie tutaj gna większość TIR-ów, spotykanych na słoweńskich autostradach (ewentualnie – do pobliskiego włoskiego Triestu). Jeśli jednak poświęcić trochę czasu na spacer po starówce, odkryć można piękne, stare zabytki i malownicze zakamarki, poukrywane wśród wąsko zabudowanych ulic. Koper może nie rzuca na kolan, zwłaszcza, jeżeli ktoś widział już Piran czy Izolę, ale na pewno wart jest co najmniej kilkugodzinnych odwiedzin.

 

Na samych końcu słoweńskiego wybrzeża leży Ankaran – w lecie największe obozowisko namiotów i przyczep kempingowych w okolicy (jeżeli kiedyś latem zwrócicie uwagę, że na ulicach słoweńskich miast – a dotyczy to całego kraju – jest jakoś tak pustawo, możecie być pewni – oni wszyscy zapewne siedzą już na kempingu w Ankaranie... Wiosną nie ma nawet po co tu zaglądać – lepiej spędzić dodatkowe godziny siedząc nad morzem w Piranie czy Izoli.

 

Jak widać – atrakcji na wybrzeżu jest naprawdę sporo, a przecież w zasięgu dwóch, trzech godzin jazdy, jest ich tyle, że zabrakłoby miesiąca, by je wszystkie zobaczyć. W samej Słowenii można wybrać się do jaskiń Postojny, a lepiej jeszcze – do Jaskiń Szkocjańskich – jednych z najpiękniejszych i fascynujących w Europie. Kras kusi swoimi dzikimi zakątkami i obronnymi kościołami, a takie cuda architektury jak Predjamski Hrad czy obronny kościół w Hrastovlju należą do obowiązkowych miejsc, które trzeba zobaczyć.

Na południe, w półtorej godziny można dotrzeć z Piranu w jej najbardziej oddalone zakątki. Półwysep Kamjeniak, Pula, Rovinj, Poreč i jeszcze z dziesiątka równie pięknych miast, to teren, gdzie przez dwa tygodnie można każdego dnia zobaczyć coś ciekawego, zupełnie odmiennego od pozostałych miejsc, a przy tym nie jechać ani raz tą samą drogą…

 

Słoweńskie wybrzeże jest krótkie – to prawda. Nie kusi piaszczystymi plażami – też prawda. Większość turystów przyjeżdża tu tylko raz – nie da się zaprzeczyć. Ale kto patrzył z murów miasta na czerwone dachy skąpane w słońcu, kto w pogodną noc na kamienistej plaży wypatrywał świateł Wenecji, kto nad wodami zatoki widział słońce zachodzące za białymi szczytami Alp, kto w końcu przeżył pierwszą wiosenną burzę, która piorunami oświetlała pirański port – ten na pewno zapamięta je do końca życia…